Bajkowa sceneria na treningu w Suchym Borze :)

Tym razem naszym miejscem docelowym treningu rowerowo – biegowego była malownicza miejscowość – Suchy Bór, zlokalizowana ok. 10 – 12 km. od Opola, posiadająca wyjątkowy mikroklimat i jak sama nazwa wskazuje otoczona gęstymi lasami.

Najpierw wyruszyliśmy rowerowo do Dębskiej Kuźni oddalonej od Opola ok. 15 km., a następnie w drodze powrotnej skręciliśmy w miejscowości Lędziny do Suchego Boru, gdzie odbyliśmy kilkukilometrową trasę marszo-biegową w bajkowo – zimowej scenerii.

Z Suchego Boru wróciliśmy rowerowo do Opola. Wspaniała trasa, obfitująca w malownicze widoki i pozytywne zmęczenie. Łącznie pokonaliśmy ok. 40 km. w ciągu 2,5 godz., co jest niezłym wynikiem, biorąc pod uwagę oblodzone odcinki trasy na których trzeba było zachować szczególną ostrożność i poruszać się bardzo wolno, zwłaszcza podczas jazdy rowerowej.

Poniżej zdjęcia z trasy … ciąg dalszy nastąpi !

My beautiful picture My beautiful picture My beautiful picture

Wspaniałe i szalone dzieciństwo w okolicach stadionu żużlowego :)

Niedawno miałem niesamowity sen … przyśniła mi się ulica prowadząca do stadionu Kolejarza w Opolu, dziś nazwanego im. Mariana Spychały … wieloletniego i zasłużonego trenera żużlowców.

Przy tej ulicy, na przeciwko stadionu, właśnie mieszkałem w dzieciństwie. We śnie widziałem przepiękne, wysokie drzewa, które niemal zarastały swoimi gałęziami całą ulicę przechodząc z jednej strony na drugą … był to przepiękny i malowniczy widok.

Pamiętam z dzieciństwa, że na stadionie tętniło życie … odbywały się treningi żużlowców na które chętnie przychodziły dzieciaki z całej okolicy, żeby dopingować uczestników „czarnego sportu” jak to się kiedyś mawiało. Jedną z atrakcji było stawanie blisko bandy zabezpieczającej najchętniej na wirażach, po to aby w momencie przejazdu żużlowców schować się pod bandę lub uciec powyżej, na bezpieczną odległość, żeby nie zostać obsypanym prawdziwym żużlem. Oczywiście to było niedopuszczalne, w ogóle nie wolno było przebywać w sąsiedztwie toru i bandy podczas jazdy na torze, ale dzieciaki miały swoje priorytety. Podczas treningów i zawodów w całej okolicy był odczuwalny charakterystyczny zapach paliwa używanego do motorów żużlowych.

Na stadionie królował pan Gałązka, który … jeśli zachowywaliśmy się w porządku … pozwalał nam obserwować treningi, ale jeśli tylko wychodziliśmy poza ustalone ramy gonił nas stamtąd, niemiłosiernie rzucając przy tym niewybrednymi epitetami, których by się dzisiaj nie powstydził niejeden, szanujący się „kibol”.

Na stadionie oprócz toru i znajdującego się w środku boiska do piłki nożnej (już drugiego dużego boiska w bliskiej okolicy) znajdował się basen przeciwpożarowy oraz wiele różnych zakamarków, które były wykorzystywane przez nas do zabawy w podchody, co oczywiście również było zabronione ale skrzętnie realizowane, dopóki na horyzoncie nie pojawił się pan Gałązka.

Zresztą pojawienie się go nie stanowiło dla nas jakiegoś wielkiego stresu ale było dodatkową atrakcją powodującą przypływ adrenaliny. Uwielbialiśmy przed nim uciekać, a kiedy na nas nie krzyczał i nie pędził nas stamtąd na cztery wiatry to byliśmy zawiedzeni.

Oprócz codziennych zabaw w podchody do których wykorzystywaliśmy wspomniane zakamarki stadionu oraz górkę i inne atrybuty terenowe uwielbialiśmy pływać we wspomnianym basenie przeciwpożarowym.

Oczywiście, to także było zabronione i skwapliwie egzekwowane. Można było nawet zostać złapanym i boleśnie ukaranym pałką służbową przez funkcjonariusza Służby Ochrony Kolei, ponieważ zarówno basen jak i cały obiekt sportowy należał do kolei i był na terenie prężnie funkcjonującego Zakładu Naprawczego Taboru Kolejowego zwanego popularnie „wagonówką”. Przez co „obstawiany” był przez funkcjonariuszy SOK.

Nie zapomnę „obrazka” mojego nieżyjącego już kolegi ale bardzo znanego w okolicy pod pseudonimem „Pepe” czyli po prostu Piotrka … który wchodzi przez płot okalający stadion wprost na teren basenu w okresie letnim. Nie straszni mu byli groźni SOK-iści. Zresztą Pepe znany był ze swoich niekonwencjonalnych zachowań w całej dzielnicy. Stoczyłem też z nim niejeden pojedynek w dzieciństwie. Potem, gdy już zacząłem na poważnie uprawiać sztuki walki, nasze relacje wyraźnie się ociepliły i nie dochodziło między nami do bójek. Choć on nadal znany był ze swego porywczego charakteru i nawet pamiętam bardzo dobrze jak najprawdopodobniej pod wpływem środków wyskokowych okładał deską jakiegoś jegomościa niedaleko swojego domu. Obserwowałem to z górki.

Takie to miałem wspaniałe, szalone i urozmaicone dzieciństwo w pobliżu opolskiego Kolejarza, a na zdjęciu poniżej zobaczycie widok ulicy prowadzącej do stadionu mniej więcej z okresu o którym opowiadam … czy rozłożyste gałęzie drzew nie przypominają snu o którym opowiadałem na początku … wyobraźcie sobie jakby to wyglądało teraz, po tylu latach i w okresie wiosenno – letnim … po prostu jak w bajce … ale tego widoku już nie ma … nie ma tych drzew, natomiast stadion istnieje do dziś ale zdecydowanie cofnięty i zmieniony ze względu na przebiegającą czteropasmową jezdnię po której codziennie przejeżdża tysiące samochodów … kiedyś przejeżdżało tędy kilka samochodów dziennie, najczęściej należących do zawodników żużla i kilkanaście wozów drabiniastych zaprzęgniętych w konie … to był niezapomniany widok …

Kolejarz 1975

Moje sportowe życie od wczesnego dzieciństwa !

Swoją przygodę ze sportem rozpocząłem już w wieku 5 – 6 lat. Były to czasy kiedy w moim rodzinnym mieści Opolu królował żużel. Opolski Kolejarz był w czołówce najwyższej klasy rozgrywkowej i toczył pasjonujące pojedynki z najlepszymi drużynami w Polsce, a Opolanin Jerzy Szczakiel był podwójnym mistrzem świata w tej dyscyplinie … w parach i indywidualnym.

Mieszkaliśmy w domku jednorodzinnym na przeciwko Kolejarza. Wchodziliśmy przez płot albo przez dziurę w płocie na mecz żużlowe wraz z braćmi … miałem ich trzech … wszyscy byli starsi ode mnie i czasem mnie gdzieś z sobą zabierali, ucząc przy okazji życia.

Miałem też wielu kolegów … starszych i młodszych. Więcej czasu spędzaliśmy poza domem niż w domu. Zaraz obok Kolejarza vis a vis naszego domu stała olbrzymia górka … tzw. Górka Śląska … było to miejsce spotkań okolicznej młodzieży. Tam się bawiło w podchody. Nieopodal górki znajdowało się duże boisko do gry w piłkę nożną. Tutaj rozgrywano niekończące się mecze dzielnicowe, bo trudno nazwać je podwórkowymi, skoro boisko miało niemalże ligowe wymiary. Oczywiście takie maluchy jak ja nie grały ze starszymi, a co najwyżej mogły podawać piłki zza siatki. Mieliśmy za to swoich prawdziwych idoli. Byli nimi dużo starsi koledzy z dzielnicy, którzy regularnie rozgrywali tu mecze. Na boisku toczyło się życie … spędzaliśmy tam czasami całe dnie do późnego wieczora. W przerwach między „oficjalnymi” meczami rozgrywaliśmy swoje mecze, wierząc, że ktoś nas dojrzy i w przyszłości dostąpimy zaszczytu gry razem ze starszymi.

Tutaj toczyliśmy też pierwsze walki … na ogól były to walki „zapaśnicze” czyli na tzw. „wywracanki”, aż do momentu kiedy w Kolejarzu nie otworzyli sekcji bokserskiej.

Zaczął tam uczęszczać mój straszy o 9 lat brat Marek. Miał do tego dryg. Lubił się bić. Często jako mały chłopiec stałem przy ringu i obserwowałem treningi. Marek często wracał z podbitym okiem albo zakrwawionym nosem, ale potem nie było na niego cwaniaka na dzielnicy. Miał renomę i wielki szacunek.

Mnie prześladował pewien kolega … nie będę wymieniał jego imienia, bo on nadal jest znany na dzielnicy i nie chcę mu robić wstydu. Ja byłem spokojnym dzieckiem i nie wdawałem się na początku w żadne bójki. Ale w owym czasie to było nie do uniknięcia … prędzej czy później musiało dojść do jakiejś konfrontacji.

Pewnego razu ten mój kolega rzucił się na mnie bez najmniejszego powodu … chwycił mnie „garścią” za jeden policzek a drugą pięścią z całej siły walnął mnie w twarz. Początkowo nie byłem w stanie nawet zareagować bo zobaczyłem błysk przed oczami, a potem się rozpłakałem i pobiegłem do domu.

Moi bracia się ze mnie śmiali i ani przez moment nie pomyśleli, że któryś z nich miałby stanąć w mojej obronie. Ale oczywiście sprawa nie mogła być zakończona.

Najpierw mój brat Marek zaczął mi udzielać lekcji bokserskich … miał w domu rękawice z klubu … kazał mi ubrać i uderzać w swoje otwarte dłonie. Tak rozpocząłem swoją przygodę ze sztukami walki.

Potem przyszedł czas na rewanż z kolegą, który mnie tak urządził.

Przyszedł do mnie na podwórko, zapewne nie pamiętając już wcześniejszego wydarzenia. W oknie na pierwszym piętrze siedział mój brat.

Kolega jak gdyby nigdy nic zaczął jakąś zabawę podczas której jak zwykle musiało dojść do jakiejś sprzeczki i to był mój moment … wyprowadziłem lewy prosty, potem prawy hak i kiedy kolega zgiął się w pół dostał jeszcze kopniaka w tyłek na do widzenia. Całość sekundował mój brat Marek siedzący w oknie … pokazywał mi „akcje” jakie mam zastosować …  tego obrazka nie zapomnę do końca życia ;)

Kolega uciekł z płaczem, ale potem zrewanżował mi się strzelając do mnie z łuku i trafiając mnie może parę milimetrów pod oko. Wystarczyłoby troszeczkę wyżej i byłbym dzisiaj bez oka. Działo się to wszystko na górce … wtedy bardzo popularne wśród dzieciaków było robienie sobie łuków z bujnie rosnącej i otaczającej nas przyrody … wystarczyło uciąć dobrą, giętką gałąź, a następnie rozpiąć między jej końcami dobry elastyczny sznurek lub mocną gumę, a strzały robiło się po prostu z krzaków. Wierzcie mi że taką bronią można było zrobić naprawdę krzywdę ale było to powszechne, ponieważ w telewizji królowali tacy bohaterowie ja Winnetou i inni np. Rycerze Okrągłego Stołu.

Ich serialowe przygody przenosiliśmy na nasze zabawy. Czasami dochodziło do prawdziwych bójek, ponieważ bardzo ambitnie podchodziliśmy do każdej rywalizacji i jeśli nie było ewidentnego rozwiązania to trzeba było je znaleźć. Stoczyłem wtedy niezliczoną ilość walk … w ruch wchodziły pięści i zapasy, a większość pojedynków kończyła się w parterze … to było prawdziwe MMA, a walka kończyła się dopiero wtedy kiedy jeden z nas się poddał lub po prostu był tak nieuruchomiony, że koledzy stanowiący jednocześnie gremium sędziowskie i kibicowskie orzekali kto wygrał. To było jak wyrok sądowy … nie było sprzeciwu, a wierzcie mi, że ówczesne zabawy odbywały się w niezliczonej grupie młodzieży … bywało, że uczestniczyło w nich nawet po kilkanaście osób … nie było dorosłego opiekuna ale jakoś dawaliśmy radę. Rodzice na nas nie chuchali i nie dmuchali, a wręcz przeciwnie ze zrozumieniem przyjmowali podarte i brudne gacie, spuchnięty nos czy zakrwawioną koszulkę … rzadko jednak robili z tego „aferę”, wiedząc, że życie na dzielnicy nie jest łatwe. To życie bywało nawet ważniejsze niż inne … wielu z moich kolegów miało przez to kłopoty w szkole ale byli niezrównani jeśli chodzi o grę w piłkę nożną czy inne sporty. Wyobraźcie sobie, że dwóch moich bliskich kolegów z tamtych czasów Bloszczyk i Buhl zdobyli potem z drużyną Odry Opole brązowe medale Mistrzostw Polski juniorów w piłce nożnej. Ciąg dalszy nastąpi !

Aktywność ruchowa podczas odchudzania i nie tylko !

Tematykę odchudzania jeszcze postaram się rozwinąć, ale dzisiaj głównie chciałbym się skupić na aktywności sportowej, będącej podstawą odchudzania i modelowania sylwetki.

Nie ma możliwości zdrowego i racjonalnego zadbania o sylwetkę poprzestając jedynie na diecie, choćby była z kosmosu ;)

Jeśli ktoś ma tendencje do tycia, a prawie każdy ją ma w mniejszym lub większym stopniu, to prędzej czy później otyłość powróci, chyba, że będziemy się regularne ruszać.

To nie jest aż takie wielkie poświęcenie jak się niektórym wydaje. Ja właśnie wróciłem z długiego … ponad 2 godzinnego marszu, a wczoraj odbyłem intensywny trening na macie.

Najlepszą formą ruchową dla osób do tej pory biernych fizycznie jest po prostu marsz.

Oczywiście zaczynamy od krótszych odcinków i spokojnego marszu, a potem rozwijamy go pod kątem długości i intensywności.

Marsz jest nie tylko korzystny dla redukcji tkanki tłuszczowej ale i bardzo korzystny dla układu krążeniowo – oddechowego i serca !

Dopiero po zaaplikowaniu sobie porządnej dawki ruchu w postaci regularnego marszu możemy myśleć o dalszej aktywności ruchowej, a w konsekwencji aktywności sportowej lub po prostu systematycznego uprawiania sportu, bo marsz się nam kiedyś znudzi i sami poczujemy „zew krwi” ciągnący nas do większych wyzwań ! ;)

Chciałbym od razu rozwiać wszystkie wątpliwości i odpowiedzieć na odwieczny dylemat … marsz czy bieg ? Otóż badania naukowe dowodzą, że najlepszą formą ruchową jest marsz … nie spacer ale też nie bieg … a jedynie marsz w porządnym tempie. Kiedy zaczniesz zmuszać się do biegu zaczną ci siadać stawy … najpierw skokowe, potem kolanowe, biodrowe, a na końcu kręgosłup a nawet barki. Bieganie jest dobre dla wyczynowców, a jeśli chcesz nim zostać to owszem biegaj ale nie bez przygotowania w postaci regularnych marszów. Ciąg dalszy nastąpi !

Poniżej dwa zdjęcia … jedno z intensywnego treningu na macie, a drugie z dzisiejszego marszu;

Zdjęcie1044 My beautiful picture

Odchudzanie i modelowanie sylwetki … porady !

Narosło wiele mitów, legend, a nawet mitologii na temat odchudzania i modelowania sylwetki, dlatego chciałbym dzisiaj wstępnie zająć się tym tematem.

Krótkotrwałym zrzuceniem kilku kilogramów zajmowałem się już dawno temu, w czasach zawodniczych, kiedy do zbliżających się zawodów należało „zrobić wagę”.

Bywało, że zrzucałem nawet do 7 kg. w ciągu dwóch tygodni, a nawet tygodnia, co nie było najzdrowszym posunięciem, ponieważ znajdowałem się wówczas w okresie rozwojowym, ale była taka konieczność, aby mieć większe szanse w zawodach, co zresztą do dzisiaj czynią sportowcy na całym świecie i jest to chyba jeden z lżejszych „grzechów” jakie mają na sumieniu, myśląc np. o dopingu, sterydach anabolicznych, itp.

Odpowiedni, systematyczny sposób redukcji zbędnej tkanki tłuszczowej i wymodelowaniu sylwetki zacząłem stosować dużo później, mając już na swoim koncie doświadczenia wynikające z długoletniej pracy trenera sportowego i instruktora fitnessu.

Generalnie zacznijmy od tego, że do tematu odchudzania i modelowania sylwetki należy podejść długofalowo, ponieważ krótkotrwały proces „zbijania” wagi może wpłynąć negatywnie na nasz organizm, pozbawiając go wielu ważnych elementów i mikroelementów będących podstawą funkcjonowania, a efekt końcowy będzie zapewne efektem „jojo”.

Trzeba sobie wytyczyć długofalowy program, zmienić nawyki żywieniowe ale nie mówię tutaj o jakiejkolwiek dręczącej diecie, wyrzeczeniach, itp. Poza tym trzeba znaleźć odpowiednie dla siebie formy aktywności ruchowej w zależności od poziomu naszej sprawności fizycznej, kondycji, przyzwyczajenia do wysiłku.

Jeśli chodzi o żywienie to podstawą musi być tutaj ograniczenie spożywania tłuszczów zwierzęcych (ograniczenie ale nie całkowite pozbycie się), a zwiększenie dawki witamin i mikroelementów zawartych w warzywach i owocach. Do tego zastosowanie pomijanych często w diecie kasz wszelkiego rodzaju od jęczmiennej poprzez jaglaną, kuskus, gryczaną, itp. Kasze są bardzo zdrowe, a do tego działają jak wymiatacz albo odkurzacz powodując oczyszczenie naszego organizmu. Polecałbym również wszelkiego rodzaju produkty zbożowe typu płatki owsiane, żytnie, pszenne, itp. ale oczywiście nieprzetworzone.

Nie będę jednak namawiał do rezygnacji z makaronu czy ziemniaków, tym bardziej pieczywa, ponieważ są to bardzo dobre składniki, bogate w witaminy, składniki odżywcze, są również dobrym „paliwem”, zwłaszcza jeśli chodzi o makaron  czy chleb.

Jeśli podejmujemy program odchudzania i modelowania sylwetki w oparciu o systematyczny wysiłek fizyczny to nie możemy zastosować jakiejś radykalnej, wyniszczającej diety, a jedynie racjonalne odżywianie, ponieważ musimy regularnie dostarczać organizmowi „paliwa” do wysiłku.

Powiem wam jak wygląda mój sposób odżywiania i trenowania aby zachować dobrą sylwetkę, zdrowie i kondycję.

Otóż dzień zaczynam od śniadania w postaci płatków owsianych z niewielką ilością mleka i cukru … wiem, wiem „znawcy” tematu się oburzą … „cukier w diecie odchudzającej powinien być całkowicie odrzucony”, ale ja jestem przeciwnikiem radykalnych posunięć, bo to one są powodem zniechęcenia i monotonii przez którą nasza walka z nadwagą nie przynosi rezultatów,  a więc jeśli smakują ci płatki z odrobiną cukru to nie musisz się „katować” jedząc suche, bez dodatków ale dosyp sobie odrobinę cukru do smaku, lub wrzuć słodkie owoce, choć niektórzy wolą wręcz przeciwnie … słone … odrobina soli też nikomu nie zaszkodzi, choć ja nie solę niczego !

Przyrządzanie obiadu zaczynam od sałatki … tak, tak … musi być duża porcja i urozmaicona, a więc starta marchew, jabłko, kapusta kiszona, kapusta biała, kapusta czerwona, cebula, groszek, kukurydza, i co kto woli i co nie wywołuje u niego niepotrzebnych sensacji żołądkowych … można nawet dodać startego czosnku, jeśli nie mamy w planach rozmowy kwalifikacyjnej ;) Wszystko okraszone dobrym olejem rzepakowym lub oliwą i wymieszane z ewentualnym dodatkiem przypraw, ale odradzam solenie, raczej postawiłbym na przyprawy ziołowe. Powinniśmy unikać soli. Wiele produktów ma sól samą w sobie ale nie odczuwamy tego, ponieważ jesteśmy przyzwyczajeni do doprawiania przeróżnych potraw, ale spróbujecie odstawić sól i przekonacie się … oczywiście po jakimś czasie, że bez użycia soli produkty te są wystarczająco słone.

Na pierwsze danie obowiązkowo zupa … może to być np. zupa jarzynowo / warzywna z wieloma dodatkami, dzięki której uzupełnimy wszelkie braki mikroelementów, ale nie tylko, ważne aby była solidna z dużą ilością różnych odżywczych i zdrowych elementów.

Drugie danie … kasza lub ryż lub makaron z niewielką ilością mięsa np. mięsa z kurczaka.

Na kolację powinniśmy również zjeść pełnowartościowy posiłek … ja często spożywam ser biały i jajka w różnej postaci.

Jajka są najwartościowszym składnikiem pożywienia, zawierającym wszystkie potrzebne mikroelementy, białko do wzmocnienia i budowy mięśni, itp. Można je przyrządzać na wiele różnych sposobów, a nawet w postaci kotletów, ale o tym może napiszę kiedy indziej.

Na dzisiaj wystarczy, ponieważ nie chcę zanudzać czytelników. W kolejnych wpisach o odchudzaniu i modelowaniu sylwetki zajmę się wyborem adekwatnej do swojego trybu życia aktywności ruchowej.

Poniżej dołączam zdjęcie ze swojego treningu ogólnorozwojowego i gimnastycznego na sali, prezentujące sylwetkę … wierzcie mi …  mężczyzny mającego już swoje lata i doświadczenie życiowe ;)

Trening terenowy na opolskiej Malinie (zdjęcia)

Zobaczcie najnowsze zdjęcia z treningu terenowego na opolskiej Malinie.

W takim otoczeniu naprawdę trening nabiera innego – nowego wymiaru, wręcz metafizycznego … obcowanie z naturą, malownicze widoki, endorfiny wydzielające się pod wpływem  wysiłku fizycznego, pozytywne zmęczenie i odreagowanie … polecam wszystkim razem i każdemu z osobna ;)

My beautiful picture My beautiful picture My beautiful picture My beautiful picture

Jan Szczepański … znakomity polski bokser odszedł w niedzielę w wieku 77 lat … przeczytaj artykuł o nim !

Przeczytałem dzisiaj bardzo ciekawy artykuł o Janie Szczepańskim pt. „Jan Szczepański – ten, który nie dał się znokautować życiu” … o jednym z najlepszych pięściarzy w historii polskiego boksu olimpijskiego … mistrzu olimpijskim i mistrzu Europy w boksie.

Był moim idolem z lat dziecięcych. Pamiętam jak z wypiekami na twarzy, szybszym biciem serca i nie mniejszymi emocjami jak podczas walk Andrzeja Gołoty oglądałem go w akcji i innych reprezentantów …  w najlepszych latach polskiego boksu !

Pan Jan Szczepański odszedł w niedzielę 15 stycznia w wieku 77 lat. Każda osoba interesująca się polskim sportem powinna przeczytać ten artykuł, ponieważ pan Jan był postacią nietuzinkową i nieszablonową. Dużo w życiu przeszedł, a jego historia nadaje się na dobry film opowiadający o życiu człowieka niemal heroicznie związanego ze sportem. To nie jest opowiastka dla grzecznych dzieci. Polecam … link do artykułu:


http://eurosport.onet.pl/boks/jan-szczepanski-ten-ktory-nie-dal-sie-znokautowac-zyciu/ce111k

Świetny trening kondycyjny rowerowo – marszobiegowy

Dzisiaj odbyłem naprawdę świetny trening terenowy o charakterze rowerowo – marszobiegowym.

Wszystko mi sprzyjało … temperatura w okolicach 0 stopni czyli niezbyt niska i niezbyt wysoka, dzięki czemu można było swobodnie oddychać, a jednocześnie droga nie była zbyt oblodzona, przyświecające słoneczko, dzięki czemu odczucie chłodu nie było zbyt duże, świetne widoki na trasie i dobra forma fizyczna.

Niestety, bez przygód nie byłoby atrakcji. Mniej więcej w połowie dystansu rowerowego, czyli na ok. 10tym kilometrze wpadłem w poślizg i przewróciłem się na ulicy. Na początku wyglądało to dosyć niebezpiecznie, odczułem też poważny ból w nodze po upadku, myśląc w pierwszej chwili, że rzeczywiście coś mi się stało. Nie mniej jednak 40 lat na macie i tysiące upadków zrobiło swoje i wyszedłem z tego wypadku bez większego szwanku. Trochę pobolewa mnie noga w różnych miejscach … jest po prostu mocno „zbita” ale generalnie jest ok i dlatego jeszcze bardziej się cieszę z odbytego treningu.

Po 10 km. jazdy rowerowej zrobiłem ok. 5 km. marszobiegu wśród otaczających mnie malowniczych widoków zimowej natury.

Po marszobiegu wyruszyłem w dalszą jazdę rowerową i zrobiłem kolejne 10 km. Łączny dystans rowerowo – marszobiegowy to 25 km. Zajęło mi to więcej czasu niż zwykle ale przygoda z upadkiem, robienie zdjęć i trudna jazda w gęstym śniegu zrobiły swoje.

Poniżej dwa zdjęcia z treningu … ciąg dalszy nastąpi !

My beautiful picture My beautiful picture

Mordercza wyprawa rowerowa na Górę Św. Anny

Dzisiaj wspominam morderczą wyprawę, bo już nie mogę nazwać tego treningiem, na Górę Św. Anny, którą odbyłem w lecie, najprawdopodobniej 14 sierpnia ale co do daty mam tutaj pewne wątpliwości. Wiem, że była to na pewno niedziela, a więc data 14 sierpnia jest chyba bardzo prawdopodobna.

Zaplanowałem jednolity trening kondycyjny polegający na jeździe rowerowej „tam i z powrotem”, bez odpoczynku.

Wydawało mi się, że przejechanie ok. 90 km. nie będzie dla mnie jakimś większym wyzwaniem, biorąc pod uwagę, że wcześniej pokonywałem już takie trasy.

Nie wziąłem jednak pod uwagę dwóch rzeczy … że mogę zabłądzić, ponieważ nigdy wcześniej tam nie byłem i że będę pokonywał tak stromy podjazd pod górę z jakim mamy do czynienia na Górze Św. Anny. Myślałem, że jest on zdecydowanie łagodniejszy.

Oczywiście, złe oznakowanie jakie ma miejsce w niejednym rejonie naszego kraju, spowodowało, że dwukrotnie drogowskazy mnie zmyliły i musiałem się wracać z już pokonanej trasy, a jedna z nich była już dosyć wyczerpująca, ponieważ wiodła na górę ale z innej strony niż zakładałem.

Do tego, chcąc sprostać swojemu ambitnemu podejściu do każdego wyzwania, założyłem, że podjadę pod samą górę, nie zatrzymując się.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy mając już solidną porcję kilometrów w nogach, podjazd pod górę zaczął stanowić niemały problem.

Znawcy tematu zapewne wiedzą jaki jest tam procentowy wskaźnik nachylenia, a fachowo ujmując „pochylenia podłużnego drogi”. Ja jednak się do nich nie zaliczam i powiem tylko tyle … jest morderczy jeśli chodzi o podjazd rowerowy !

W pewnym momencie, już przy samej końcówce drogi, musiałem jednak zejść z roweru i zlany potem poszedłem na piechotę.

Na Górze Św. Anny, przy samym Sanktuarium w „Grocie Lurdzkiej” odbywały się akurat uroczystości kościelne, było więc wielu pielgrzymów.

Po wniesieniu roweru na samą górę widocznymi schodami, miałem kilka chwil na odpoczynek. Choć nie był on zbyt długi i po kilkunastu minutach pobytu na Górze Św. Anny udałem się w drogę powrotną.

Już bez przygód związanych z utratą orientacji w terenie dotarłem do Opola.

Łącznie przejechałem ok. 110 km., co jak do tej pory było chyba moim największym osiągnięciem, jeśli chodzi o jazdę w tak trudnym terenie i praktycznie bez dłuższego odpoczynku.

Polecam każdemu, a jeśli znajdzie się osoba chętna do zwiedzenia tej okolicy wraz ze mną to proszę o kontakt …. warunek … musi to być osoba początkująca, szukająca trenera i przewodnika … chcąca słuchać i się podporządkować, bo tylko z takimi osobami lubię pracować. Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć z wyprawy poniżej;

Góra Św. Anny 1 Góra Św. Anny 2 Góra Św. Anny 3 Góra Św. Anny 5 Góra Św. Anny 6

Nasz trening judo na macie opolskiej Gwardii

W dzisiejszym wpisie chciałbym powrócić do korzeni, czyli przedstawić nasz trening judo na macie opolskiej Gwardii.

Na poniższym filmie zobaczycie trening doskonalenia kilku technik judo z zakresu „nage waza” czyli techniki rzutów, w tym rzut „ippon seoi nage” czyli rzut przez plecy, rzut „tai – otoshi” czyli rzut przez nogę lub inaczej przez obniżenie ciała, rzut „harai hoshi” czyli rzut przez zagarnięcie biodrem, rzut „kata guruma” czyli rzut przez wyniesienie nad głowę, rzut z zakresu rzutów poświęcenia czyli polegających na tym, że wykonujący pierwszy kładzie się na macie aby wyrzucić przeciwnika w górę „yoko tomoe nage”, inaczej rzut po łuku bokiem (rzut wykonywany w ruchu, podczas przesuwania się przeciwnika krokiem przestawnym ) oraz rzut „uchi mata” czyli rzut poprzez zagarnięcie i podbicie nogą od środka.

Na treningu ćwiczę wraz ze sparingpartnerem … moim kolegą z maty Gwardii Opole – Piotrem Sztuką, wielokrotnym medalistą Mistrzostw Polski w judo.

Zapraszam do obejrzenia filmu z treningu;